Wewnątrz jachtu było pobojowisko. Porozrzucane rzeczy, wszędzie ropa. Mówiąc delikatnie - dupa.
Zaczepiłem przepływających kajakarzy, starsze małżeństwo. Ja nie mówię po francusku, oni po angielsku, ale jakoś się dogadaliśmy. Obiecali, że przypłyną jutro i jeżeli będę potrzebował dadzą mi namiary na mechanika. To już coś.
Zrzucamy ponton. Niedaleko stoi jakiś jacht. Też Francuzi, ale i dwie Belgijki. Mówią po angielsku, ale o mechanice nie maja pojęcia. Użyczają nam natomiast telefonu. Dzwonimy do Andrzeja, żeby powiadomić go co się stało i, że nie dopłyniemy dzisiaj. Humory nam się poprawiają, bo Andrzej mówi, że spróbuje do nas dotrzeć jutro lub pojutrze. Następna dobra wiadomość.
Miejsce nie jest złe, woda bardzo czysta, widzimy kilka razy żółwie. Na środku zatoki znajduje się farma rybna. Wiatru prawie nie ma natomiast z morza wchodzi fala i buja nieprzyjemnie. Cieszymy się jednak, że udało nam się bezpiecznie stanąć.
Na razie musimy rozwiązać problemy dnia codziennego - nie mamy pieczywa, płyniemy więc na zakupy. Miasteczko malutkie i czyściutkie. Czynne są jeszcze dwa małe sklepy spożywcze, z głodu nie pomżemy ;-)
Rano dochodzę do wniosku, że nie ma co czekać. Zrobię co zdołam, spróbuję wszystko poczyścić. Jak Andrzej przypłynie to chociaż najbrudniejsza robota będzie zrobiona. Zaczynam od zbiornika paliwa tzw. dziennego, spuszczam paliwo i nalewam nowe z kanistrów. Następnie zdejmuję po kolei wszystkie filtry, myję w ropie, zakładam ponownie i odpowietrzam. Ola w tym czasie ogarnia zniszczenia wewnątrz, sprząta, wyciera, układa.
Zajęła mi ta zabawa większą część dnia. Po południu wszystko jest poskładane do kupy, żółciutkie, czyste paliwo lśni w filtrach. Wiem, że woda poszła dalej, ale nie wiem jak ją usunąć. Spróbujemy odpalić silnik. O dziwo lekko zaskoczył, popracował kilka sekund i zgasł. Próbujemy dalej. Czasami łapie, czasami nie. Przy próbach zwiększenia obrotów gaśnie. To i tak ogromny postęp, wczoraj był całkowicie "martwy".
Odnoszę wrażenie, że jednak, z próby na próbę, jest trochę lepiej. Daję mu "odpocząć" i próbuję znowu, pozwalam popracować na wolnych obrotach i przyśpieszam. Poszedł, działa. Po jakimś czasie wyłączam i ponownie włączam silnik. Wszystko gra, odpala od dotknięcia. Dostanę Nobla?
Belgijki, obserwują nas przez lornetkę, na koniec widząc spaliny unoszą kciuki i biją brawo. Miłe, prawda?
Podpływamy do nich i jeszcze raz dzwonimy do Andrzeja, żeby przypadkiem nie minąć się w drodze. Okazuje się, że mieliśmy farta. Andrzejowi coś wypadło i mógłby do nas podpłynąć dopiero w niedzielę.
No to jutro w drogę. Mam nadzieję, że już bez przygód.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz