Ciągle, albo plątał się pod nogami, albo spał na środku przejścia okazując całkowite zaufanie. Nawet jeżeli stąpaliśmy centymetry od jego głowy powieka mu nie drgała. Wierzył nam bez zastrzeżeń.
Doszliśmy jednak do wniosku, że nie możemy go zatrzymać. Nie wiemy jak się skończy nasza walka tutaj. Skończymy remont i wypłyniemy, czy trzeba będzie wszystko porzucić. Poza tym jeżeli chcielibyśmy go zatrzymać należałoby pozbawić go klejnotów rodzinnych, bo za chwilę zacznie znaczyć teren, czyli totalnie wszystko zasmrodzi. Kota nie da się tego oduczyć, instynkt jest zbyt silny
A co zrobimy z nim gdy skończy nam się wiza i będziemy musieli opuścić Trynidad na jakiś czas? Nie mamy gdzie go przechować. A co z nim będzie na łódce? To teren bardzo ograniczony, a ta bestia to wulkan energii.
Logika, logiką, rzeczowe argumenty argumentami, ale nadal była to nasza ulubiona przytulanka. Nie mogliśmy po prostu znieść go z łódki, postawić na ziemi i powiedzieć idź sobie. Zresztą i tak by nie poszedł, a Ola zabeczałaby się na śmierć. Uratowaliśmy mu życie, odchowaliśmy, wykarmiliśmy, ale to musi wystarczyć - zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie gdy znajdziemy mu nowy, lepszy dom. Popytamy znajomych, pracowników, ogólnie wszystkich, a jak nic z tego nie wyjdzie porozwieszamy ogłoszenia w marinach.
Po kilku dniach poszukiwań szczęście nam dopisało. Suren, lokalny, bezdomny biznesmen powiedział, że jego znajomy ma dom z ogródkiem, mieszka sam i mówił mu, że chciałby sobie sprawić jakiegoś zwierzaczka - przyjaciela. Ok, trzeba to sprawdzić, potwierdzić.
Wygląda a to, że Pysiek ma szczęście, facet nadal nie ma żadnego pupila i kotka chętnie weźmie.
Nie będę opisywał samego przekazania Pyska, bo było to cholernie przykre. Nasz kociak koniecznie chciał z nami zostać, serce się kroiło. Było nam okropnie.
Ola nie chciała odwiedzić Pyśka. Choć umawialiśmy się z Surenem, że za jakiś czas podjedziemy i sprawdzimy czy nie dzieje mu się krzywda. Mówiła, ze jeszcze za wcześnie, niech się przyzwyczai do nowego otoczenia. A potem zrobiło się za późno. Podobno Pysiek zaginął. Ale zdaje się, że nie wybrał wolności sam z siebie, został po części do tego zmuszony. Podobno (powtarzam to "podobno" bo przestałem wierzyć w to co mi mówią) nowy właściciel został zabrany do szpitala i spędził tam tydzień. Nie zapewnił w tym czasie kotu ani opieki, ani pokarmu. Było to typowe, bezmyślne, trynidadzki zachowanie. Bez jakiegokolwiek poczucia odpowiedzialności, bez zastanowienia się na konsekwencjami.
To chyba popchnęło Pana Pysialskiego na drogę do pełnej samodzielności. Nie wiemy tylko czy trochę nie za wcześnie.
Wiem, że to trochę rzewne i łzawe, ale często wspominamy naszego futrzaka. Zawsze gdy wracamy na łódkę żartujemy i mówimy "ciekawe, czy Pysiek czeka na rufie". Ostatnio Ola wybiegła bo jakiś kot zaczął miauczeć nieopodal i wydawało jej się, że to Pysiek wrócił. Normalnie schiza.
Chociaż chcieliśmy jak najlepiej i wydawać by się mogło, ze wszystkiego dopilnowaliśmy, to jednak mamy jakiś niedosyt, jakieś poczucie, że zachowaliśmy się podle. Zawiedliśmy zwierzaka, który nam ufał i który nie rozumiał, ze to ma być dla jego dobra. Mamy tylko nadzieję, że sobie radzi, był silnym kotem. Przy odrobinie szczęścia ma szansę. :-(
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz