Znowu zastój i marazm. Nic nie możemy podgonić. Niby wstajemy jak zwykle, wcześnie zaczynamy, a efektów nie widać. Dochodzę do wniosku, że niewiele od nas zależy. Po prostu przygotowania zajmują najwięcej czasu, dopiero potem przychodzi ta "wisienka na torcie", czyli efekt kilkudniowej pracy.
Ale przemyślenia przemyśleniami, wytłumaczyć sobie można wszystko w miarę logiczny sposób, a humory i tak podłe.
Może jutro coś drgnie, ale raczej nie mam złudzeń tym bardziej, że wszystkie prace wykończeniowe pozostawiłem Oli. Będzie się musiała dziewczyna uwijać. Doszedłem do wniosku, że powinienem przycisnąć trochę z naprawami mechanicznymi, bo lista jest długa. Bez pomalowanej kabiny możemy wypłynąć, ale np. bez windy kotwicznej gorzej.
Dlatego dzisiaj cały dzień poświęciłem na .... modernizację/naprawę/przebudowę (sam nie wiem jak to nazwać) instalacji wypompowującej wodę z zęz. Pomp elektrycznych jeszcze nie pozakładałem, za to założyłem nową pompę ręczną, sprawdziłem i pozmieniałem cześć połączeń i trochę ten bałagan uprościłem. Było to niestety konieczne. Nie wiem co za idiota to instalował, ale na pewno nie przejmował się ani funkcjonalnością, ani zabezpieczeniem przed wodą wierconych gdzie tylko można otworów.
Na przykład, tak po krótce - elementem instalacji jest przełącznik (prosty trójnik z możliwością zamykania bądź udrażniania dwóch linii), który pozwala wybrać, z którego przedziału wypompowywana jest woda. Wszystko niby ok, ale podłączony był tak, ze najpierw trzeba było wodę z zęzy przepompować "pod silnik", a dopiero potem na zewnątrz. Normalnie majstersztyk myśli technicznej :-)
Muszę też powoli myśleć o wymianie łożysk na wale. To dopiero będzie przygoda - nie mam pojęcia jak się do tego zabrać. Szczerze mówiąc nigdy nie widziałem takich łożysk ,takiego wału, ani nie widziałem jakiejkolwiek pracy przy nim. Pewnie dlatego trochę zwlekam. Jak to się mówi "sprawa musi dojrzeć".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz